piątek, 20 lipca 2012

Polak przegrany

Polacy to dziwny naród. Zawsze szukamy drugiego dna, nie zauważamy tego co jest w nas dobre. Jesteśmy ślepi na sukcesy naszych rodaków, interesują nas tylko ich porażki. Czas dowartościowywania się błędami innych może już minął, jednak ciągle wolimy narzekać. Z pełną świadomością dążymy do klęski, nie pozwalając sobie na odrobinę radości.

Mistrzostwa EURO 2012, zwycięstwo Polaków w Lidze Światowej Siatkówki oraz dojście Radwańskiej do finałowego spotkania Wimbledonu dokładnie naświetliły ten schemat. Już kilka miesięcy przed EURO opinia publiczna była skierowana tylko i wyłącznie na rozgrywki piłkarskie, nikt nie interesował się tenisem czy siatkówką. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu football od wielu lat niesłusznie uważany jest za nasz sport narodowy a mistrzostwa odbywały się w Polsce. Problemem jest to, że po raz kolejny uwierzyliśmy w sukces naszych. Media prognozowały wyjście z grupy, co niektóre tabloidy wieszczyły nawet dojście do półfinałów. Nasza drużyna miała być wielka, jak za czasów Kazimierza Górskiego. Wielu z nas, bezkrytycznie wierząc w głosy ekspertów zza siedmiu mórz kolejny raz dało się ponieść piłkarskiej gorączce. Nie twierdzę, że kibicowanie jest złe, że wszyscy powinniśmy siedzieć cichutko w domach podczas meczów, jednak hurra-optymizm powtórnie wygrał ze zdrowym rozsądkiem. Mimo przewidywań, znowu okazało się, że jesteśmy gorsi. Kolejny raz padło pytanie - Dlaczego My zawsze musimy przegrywać? Winny był Smuda, rząd Platformy, bracia Kaczyńscy, Nergal, atmosfera w drużynie, żony piłkarzy oraz znienawidzony PZPN. Piłkarze zawiedli nas, my zawiedliśmy siebie. Nasze wyobrażenia jak zwykle okazały się niewspółmierne do tego co zaprezentowali biało-czerwoni. Żałoba narodowa rozpoczęła się.
O wynikach Radwańskiej podczas Wimbledonu dowiedzieliśmy się tak naprawdę dopiero po meczu finałowym. Jednak niewątpliwy sukces, który osiągnęła i tak przekształcił się w porażkę. Gdybyśmy od początku emocjonowali się tenisowymi rozgrywkami tak samo jak piłkarskimi, odebralibyśmy drugie miejsce w Wimbledonie zapewne zupełnie inaczej. Tak, kolejny raz czujemy, że przegraliśmy. Przecież mogliśmy w końcu pokazać na co nas stać a polegliśmy na ostatniej linii frontu. Często tłumaczymy sobie brak zainteresowania sportami, w których nasi rodacy odnoszą sukcesy brakiem ich widowiskowości. Rozumiem, że w siatkówce czy tenisie brakuje fauli, ciekawych bramek. Jednak przecież na tym nie kończy się świat. Nie czarujmy się, nie każdy mecz jest interesujący, nawet podczas takich rozgrywek jak EURO. W tenisie możemy podziwiać trudne zagrania, asy serwisowe, tak samo siatkówka daje dużo emocji. Musimy po prostu nauczyć się kibicować. Nie nastawiać się tylko i wyłącznie na oglądanie spoconych facetów biegających od bramki do bramki. Zmienić nasze przyzwyczajenia a jeśli nie potrafimy tego zrobić, to pogodzić się z tym, że poziom naszej piłki jest żenująco niski i nie obiecać sobie, że tym razem stanie się cud bo Franz Smuda czyni cuda. Cudów nie ma, Polska nie jest drugą Irlandią (na szczęście), tak samo jak nasza reprezentacja pod wodzą Smudy, Benhakkera czy Fornalika nie stanie się tą zwycięską, którą niektórzy z nas jeszcze pamiętają. 
Zacznijmy w końcu cieszyć się sukcesami naszych rodaków w innych dziedzinach sportu, oglądając pasjonujące mecze siatkówki, rozgrywki tenisowe, siądźmy przed telewizorami podczas Olimpiady, na której nasi rodacy mają szanse na kilka medali. Świat nie kręci się wokół piłki a my sami przestańmy się kręcić wokół narodowych dramatów, niezaspokojonych ambicji i wróżek, które obiecują nam same piłkarskie sukcesy. Czerpmy radość tam gdzie powinniśmy, nie szukajmy jej na siłę w innych miejscach, w których jeszcze długo jej nie odnajdziemy.

3 komentarze:

navrotzky pisze...

no dokładnie ;) wiecznie narzekamy, nie skupiamy się na tym co jest, nie doceniamy tego i w końcu to tracimy, wtedy doceniamy i jednocześnie narzekamy na siebie, błędne koło ;)

Zapiski denerwujące pisze...

Dwie uwagi.

Po pierwsze - malujesz w swoim tekście czarno-biały obraz: "Jesteśmy ślepi na sukcesy naszych rodaków, interesują nas tylko ich porażki". Nie uwzględniasz trzeciej postawy, najbardziej potępianej, takiej jak moja: ja mianowicie mam i Isię, i chłopaków Smudy/Fornalika, i jakichś siatkarzy czy szczypiornistów najgłębiej w d... Mnie nic a nic nie obchodzi, czy oni wygrywają, czy przegrywają. Ich sprawa, nie moja.

Właśnie, druga uwaga. To ONI wygrywają lub przegrywają, a nie MY. Robią to zresztą za tak ogromne i tak bardzo nienależne im pieniądze, że mój doping lub jego brak - cokolwiek mówią - ma dla nich takie samo znaczenia, jak dla mnie ich wyniki, czyli żadne.

Co oczywiście wcale nie znaczy, że kompletnie odwracam się od sportu. Przeciwnie - lubię np. obejrzeć dobry mecz. Zwłaszcza z kuponem. I wtedy interesuje mnie nie to, czy wygrają "nasi", bo to ani nie "nasi", ani tym bardziej "moi", tylko czy padnie taki wynik, na jaki postawiłem. Piękna bramka cieszy moje oczy niezależnie od tego, czy strzeli ją "Lewy" dla Polski, czy "Poldi" dla Niemiec.

Sport jest dla mnie rozrywką i źródłem dodatkowego dochodu, natomiast patriotyczne uniesienia zostawiam dla spraw bardziej tego godnych.

punkt-widzenia24 pisze...

Co do pierwszej uwagi - rzeczywiście, przedstawiłem czarno-biały obraz. Chodziło mi o nakreślenie stereotypu, pewnej polaczkowej postawy, która nie dotyczy wszystkich, jednak większości. Myślę, że Twoja postawa wcale nie jest potępiana. Także nie jestem jakimś zagorzałym kibicem, nie oglądałem połowy meczów EURO, Kubicę w F1 sporadycznie.
Co do drugiej - może i ONI wygrywają ale robią to reprezentując NAS. Miło jest czasem znaleźć coś co może nas połączyć ponad podziałami i dać odrobinę radości.