sobota, 10 marca 2012

V.I.P disaster tourism


Katastrofa statku Costa Condordia czy erupcja wulkanu Eyjafjallajökull były powodami dla których ludzie tłumnie przyjeżdżali w miejsca tych zdarzeń. Człowiek to bardzo wścibska i ciekawska istota, więc obszary w których zdarzyło się coś strasznego przyciągają nas jak magnes. "Disaster tourism" to dosyć przykra sprawa, ale dzisiaj chciałabym skupić się na vipowskiej odmianie turystyki katastrof. Pojęcie to usłyszałam po katastrofie kolejowej, która wydarzyła się w sobotę pod Szczekocinami, ale samo zjawisko zaobserwowałam już znacznie wcześniej (katastrofa górnicza w kopalni Halemba czy zawalenie się hali targowej w Katowicach).



Zauważyłam, że Polska jest krajem katastrof. Kiedy dotyka nas coś traumatycznego od razu na miejscu zdarzenia pojawiają się premier i ministrowie, niewiele później prezydent ogłasza żałobę narodową, a media trąbią o danej sprawie przez najbliższe 2 tygodnie. Przyjeżdżanie vipów na miejsca wypadków nie ma żadnego sensu. Pojawienie się takich osób jak premier czy minister wprowadza zamęt i utrudnia przeprowadzenie akcji ratunkowej. Taka odmiana "turystyki" kosztuje nas, podatników ogromne pieniądze (które mówiąc szczerze można by  przeznaczyć na odszkodowania dla rannych i dla rodzin osób, które zginęły), ponadto jednostki ratunkowe muszą zamknąć drogi i zabezpieczyć teren w momencie w którym powinny pomagać przy usuwaniu skutków katastrofy. Osoba zajmująca wyższe stanowisko w momencie przyjazdu w takie miejsce niczym nie różni się od grup ludzi robiących zdjęcia wrakowi statku Costa Concordia. Moim zdaniem ktoś taki jak premier czy jakikolwiek minister powinnien zostać w miejscu swojej pracy i zająć innymi aspektami tego tematu. O ile więcej może zrobić premier, który pozostał w Warszawie i myśli nad śledztwem w danej sprawie i tym jak co można zapobiegać podobnym wydarzeniom (czy jak uzdrowić Polską kolej, co obiecywał nam 4 lata temu i nadal nie zostało zrobione).
Cichocki tłumaczył obecność Tuska na miejscu wypadku tym, że rozpatrywano konieczność użycia wojska przy pomocy w docieraniu do ofiar, a takie decyzje podejmuje się na wyższym szczeblu. Jednak moim zdaniem sygnał od komendanta wojewódzkiej straży pożarnej, że wszczęcie takich kroków jest niezbędne byłoby podstawą do podjęcia takiej decyzji (mówię tu o normalnym kraju, w Polsce wszystko jest zbyt zbiurokratyzowane, a przecież "gdyby coś się stało" to na kogo zrzucimy winę?). Uważam, że takie tłumaczenia można by sobie darować. Nie oszukujmy się, cała turystyka katastrof to świetna reklama, premier przyjeżdża, wygłasza parę słów na temat tego, że jest mu przykro, obiecuje odszkodowania (których później nikt na oczy nie zobaczy) i wychodzi na wspaniałego, wrażliwego człowieka, który przejmuje się losem obywateli. Jednak z drugiej strony gdyby premier nie pojawił się na miejscu tragedii narzekalibyśmy jaki zły i niedobry z niego człowiek, a nie mamy świadomości, że ktoś taki jak Donald Tusk może pomóc dużo bardziej nie ruszając się ze swojej kancelarii.

W innych krajach takie zdarzenie nie mogłoby mieć miejsca, ważnych osób do takich miejsc po prostu się nie wpuszcza. U nas wygląda to zupełnie inaczej, politycy wykorzystują katastrofy do kreowania swojego wizerunku i to na nieszczęście za naszym społecznym przyzwoleniem. Polsce potrzebne są zmiany, zmiany polityczne, prawne i społeczne. Ciekawe jak długo przyjdzie nam na nie czekać...

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Proponuję, aby prokurator też korzystał z informacji strażaka, a doktor niech kieruje reanimacją zza biurka. W ramach oszczędności niech projektant da wolną rękę robotnikowi budowlanemu i niech sp..ala z budowy, bo tylko przeszkadza!

KAPER pisze...

Anonimowy tzn.nie czytaty...chyba!

Aneta Wróbel pisze...

Moim zdaniem to strażak będący na miejscu wypadku kilka minut po zdarzeniu (dokładnie 8 jak było w Szczekocinach) i biorący udział w akcji potrafi lepiej ocenić rozmiar katastrofy, niż premier przyjeżdżający tam po godzinie i obserwujący wszystko z boku. Strażacy i policjanci nie od parady należą do zespołów zarządzania kryzysowego, przecież zajmują się tym na co dzień, a nie raz w roku jak politycy...