niedziela, 15 stycznia 2012

Problem polskiego systemu oświaty, czyli co zrobić z segregacją uczniów.

Dzisiejszy artykuł dotyczył będzie systemu oświaty w Polsce. Poniższy tekst pisałam z myślą o temacie maturalnym z roku 2009 (WOS rozszerzony). Mam nadzieję, że tekst was zainteresuje i pomoże maturzystom. Od razu uprzedzam, że nie jest to wypracowanie wzorcowe ani pisane według klucza, cały temat oparłam o własny punkt widzenia (co nie zawsze jest mile widziane na maturze...). Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wam przyjemnej lektury! 


"Co jest zadaniem oświaty: zwiększyć czy zmniejszyć różnice między uczniami?"

Segregacja uczniów jest poważnym problemem Polskiej edukacji i jak na razie nikt nie wie jak go rozwiązać. Po jednej stronie opowiadają się socjaldemokraci dążący do spłaszczenia drabiny społecznej, zaś z drugiej strony stoją liberałowie głoszący wolność jednostki. W poglądach jednych i drugich można znaleźć coś przekonywującego, ale sama polemika na ten temat nie wystarczy, potrzeba działań. W 2004 roku minister Sawicki zapowiadał bliższe przyjrzenie się i rozwiązanie tego problemu, odniosłam niestety wrażenie, że sprawa jak stała tak nadal stoi w miejscu.

Różnice w społeczeństwie mają podłoże w ekonomii. Bogatsi tworzą elity, biedniejsi częściej popadają w patologie. Nie ma społeczeństwa, które uniknęło by podziału klasowego. Osoby z klas niższych zawsze miały mniejsze szanse kształcenia się, a co za tym idzie - mniejsze szanse na dobry zarobek, poprawienie swojego statusu społecznego i brak możliwości awansu do klasy wyższej. Ludzie pochodzący z warstw wyższych mają większe możliwości finansowe, które znacznie ułatwiają proces kształcenia. Te różnice społeczne prowadzą niestety do pogłębienia się problemu z którym się zmagamy.

Pozytywnym aspektem jest to, że segregacja umożliwia uczniom wcześniejszy wybór przedmiotów zgodnych z zainteresowaniami. Jest to szansa na lepsze kształcenie się w konkretnej dziedzinie, satysfakcję z nauki, a w przyszłości z wykonywanego zawodu. Uczniowie wcześniej wybierający przedmioty w których chcieliby się kształcić nie muszą  zmagać się z tym co sprawia im trudności. Na przykład osoba o predyspozycjach do uprawiania sportu o wiele lepiej będzie radziła sobie w klasie sportowej niż matematycznej i na odwrót. Wdrożenie takiego systemu nauki daje zadowolenie i większe zaangażowanie się w sprawy szkolne. Taki sposób edukacji sprawia, że kierowanie swojej ścieżki życiowej jest o wiele łatwiejsze, ponieważ swoje powołanie znajduje się o wiele wcześniej. Podczas nauki jest o wiele więcej czasu na korygowanie niedociągnięć. Segregacja daje ogromne możliwości osobom utalentowanym i mającym predyspozycje do nauki, przebywanie z osobami na tym samym poziomie, mających te same zainteresowania daje szansę lepszego rozwoju. Poza tym łatwiej prowadzi się lekcje w klasie o zrównoważonym poziomie. Jednak nie jest to nie tylko perspektywa dla tych lepszych, podział to zielone światło również dla słabszych. Osoby mające problemy z nauką mogą nadrobić zaległości w klasach wyrównawczych. Myślę, że takie rozwiązanie w znacznej części zniwelowało by presję, która wywierana jest na uczniów pracujących w grupie bardzo zróżnicowanej. Jak wiadomo mniejszy stres to komfort działania i tym samym lepsze wyniki. Segregacja wyklucza także wykorzystywanie uczniów mocniejszych przez słabszych czy mniej ambitnych. Uczniowie odpisujący prace domowe to niestety szara rzeczywistość polskich szkół. Mówienie o tym, że rodzice dzieci uzdolnionych, którzy chcą lepszego poziomu edukacji dla swoich pociech powinni kierować je do szkół prywatnych jest krzywdzące. System szkolnictwa w Polsce jest finansowany z kieszeni rodziców wszystkich dzieci, ponieważ wszyscy płacimy podatki. Każdy ma prawo wymagać poziomu dostosowanego do możliwości dziecka, dlatego odpowiednio przeprowadzona reforma szkolnictwa uwzględniająca segregację zadowoli zarówno uczniów jak nauczycieli i rodziców.

Poruszając temat różnic pomiędzy uczniami niekompetencją byłoby nierozpatrzenie negatywnych skutków z tego wynikających. Segregacja w szkołach przyczynia się niestety do pogłębiania przepaści pomiędzy klasami i jest powodem konfliktów. Życie w takim środowisku nie sprzyja relacjom międzyludzkim, a co za tym idzie integracji społeczeństwa. Jesteśmy wobec siebie nieufni i podejrzliwi, zbudowanie społeczeństwa obywatelskiego w państwie w którym panują takie nastroje jest budowaniem na piasku. Problem ten sprawia, że osoby biedniejsze i mające mniejsze możliwości intelektualne mogą czuć się dyskryminowane. Żadna forma dyskryminacji nie powinna mieć prawa bytu  w państwie demokratycznym, a za takie uważa się Polskę. Ponadto swobodny system szkolnictwa w którym uczeń ma decydujący wpływ na swoją edukację, może sprawić, że uczniowie nie będą posiadali elementarnej wiedzy z zakresów nie odpowiadających ich zainteresowaniom. Świetnym przykładem na to, że tak niestety może się stać jest szkolnictwo Wielkiej Brytanii, w której brakuje sztywnych ram określających działanie systemu edukacji. Niestety ciężko rozstrzygnąć jaka wiedza jest korzystniejsza- ta angielska, czyli fachowe poznanie jednego tematu, czy polska, czyli tak zwana wiedza "krzyżówkowa".

Podsumowując całą wypowiedź ciężko nie stwierdzić faktu, że segregacja jest rzeczą naturalną. Towarzyszy nam od zawsze i jest związana z tym, że człowiek przyzwyczajony jest do ciągłej rywalizacji. W swoich poglądach jestem bliska liberałom, ponieważ wprowadzenie zasady równości głoszonej przez lewicę jest po prostu niemożliwe. W Polskim szkolnictwie jest to niestety problem, którego nie można zostawić w takim stanie w jakim się znajduje. Powinno się w końcu podjąć ten decydujący krok w którąś ze stron. Moim zdaniem dobre reformy idące w stronę segregacji nie byłyby dla nikogo krzywdzące. Jednak trzeba pamiętać, kryterium podziału dzieci nie mogą być pieniądze, a zdolności intelektualne.







11 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Widzę jeszcze jeden minus. Takie "zaszufladkowanie" odbywa się na zasadzie raz, a dobrze. Tj. późniejsza zmiana profilu jest utrudniona lub niemożliwa. Jeśli na dodatek wybór ustalany jest na wczesnym etapie, prawdopodobieństwo tego, że jego podmiot, będzie zainteresowany zmianą, jest spore.

Damian Pogrzeba pisze...

Według mnie zaszufladkowanie może pomóc uczniom, którzy do końca nie są zdecydowani co chcieliby robić w przyszłości - a takich jest chyba zdecydowana większość. Nawet fiński system edukacyjny, pod pewnymi względami skrajnie różniący się od naszego staje się sprawny dopiero, gdy uczeń... zaszufladkuje sam siebie (czyli de facto wybierze jako dodatkowe przedmioty te, które dadzą mu cenną dla przyszłego rozwoju wiedzę). Co z tego, że ucząc się w fińskiej szkole mógłbym w ramach dodatkowych przedmiotów, którymi trzeba zapełnić siatkę godzin wybrać cokolwiek zechcę i zmieniać moje decyzje raz w roku? Przecież to nie ma głębszego sensu...
W każdym razie pierwszymi reformami, które będą potrzebne polskiej szkole to według mnie:
- zlikwidowanie lekcji religii/etyki - rozszerzenie o ich elementy zajęć z WOK-u
- zamiast zajęć z przysposobienia obronnego, kurs pierwszej pomocy zakończony egzaminem
- WOS oraz przedsiębiorczość jako jeden przedmiot
- matury z języków obcych zastąpione możliwością zdobycia popularnych certyfikatów (np. FCE)

Aneta Wróbel pisze...

Moim zdaniem to, że zmiana profilu jest utrudniona to raczej plus. W czasie kształcenia, kiedy widzi się, że coś nie idzie są szanse i czas na korygowanie błędów. Poza tym "dla chcącego nic trudnego", osoba bardzo zdeterminowana dałaby radę zmienić profil. Moim zdaniem ukierunkowanie profilowe powinno nastąpić na etapie gimnazjum, a to jeszcze nie tak drastycznie wcześnie.

Co do postulatów Damiana- zgadzam się w 100%. Poza tym dodałabym jakąś modyfikację lekcji wuefu, może coś na zasadzie wybierania zajęć sportowych spośród różnych proponowanych, albo całkowite zniesienie tego obowiązku na rzecz np. 3 godzin lekcyjnych do wyboru (te 3 godziny uczeń mógłby poświęcić na to co chce doszlifować). Nie czarujmy się- na lekcjach wuefu w szkole nic się nie robi, są one nudne i zawsze znajdzie się ktoś komu nie pasuje to co się robi.

Damian Pogrzeba pisze...

z chęcią zapisałbym się na lekcje tańca (tylko nie polonez!) zamiast wf-u :) a co do tego zdeterminowania... samy wiemy, na przykładzie naszej klasy, że dla chcącego nic trudnego... ;)

Michał pisze...

taaa... ale zazwyczaj to "dla chcącego nic trudnego" wiąże się ze znajomościami i kasą a nie samymi dobrymi chęciami

Aneta Wróbel pisze...

Nie zawsze, chociaż często się to zdarza. Jeśli ktoś jest ambitny to da rade bez tego, jak ambicji mu brakuje to kasa i znajomości okażą się barierą .

Anonimowy pisze...

W celu pogłębienia wnikliwości badań, radzę Wam się wybrać do jakiegoś gimnazjum, byle by nie było to takie, co zawyża średnią i popytać dzieciaków, co chcą w życiu robić.

Mam wrażenie, że bagatelizujecie problem. Nie chodzi mi tu o kapryśną zmianę pt. Nie idzie mi matma, to pójdę se pokopać piłkę, ale za pół roku może mi się znudzi. Sądzę, że inaczej rozumiemy pojęcie 'powołania'. Dla mnie nie jest to coś, co można by wykształcić na drodze metodologicznej.
Wyobraźmy sobie dzieciaka, który od wczesnych lat realizuje konsekwentnie program nauczania opierający się na naukach ścisłych. Presja rodziców, presja powszechnej opinii o słuszności takiej drogi, własne niedojrzałe przekonania - nieistotne. Nagle staje przed widmem wyboru uczelni i okazuje się... że wcale nie chce być inżynierem. Powołanie czasem długo dojrzewa w człowieku i bywa zaćmione przez to, co wydaje się mu słuszne.
W tym momencie chcecie mu powiedzieć: "Przykro mi stary, trzeba było myśleć, już wtopiłeś. Ciśnij dalej?" Doprowadzi to najprawdopodobniej albo do jego kompletnej porażki na dalszej edukacyjnej drodze, albo do wykształcenia podmiotu o niewielkiej motywacji i zaniżonych kompetencjach. Faktem naukowym jest, że ludzie niezadowoleni z wykonywanego przez siebie zawodu (i niespełnieni), szybciej ulegają wypaleniu.
Pewnie, że dla chcącego nic trudnego i nasz bohater może zrobić sobie 2, 3 lata przerwy, by nadrobić zaległości potrzebne mu do rozpoczęcia wymarzonych studiów. Tylko, że szczury w wyścigu nie będą czekać.

Skąd pewność, że zlikwidowanie "presji związanej ze zróżnicowaniem" nie doprowadzi do jeszcze większego zaniżenia poziomu wśród uczniów słabszych? Ich standard nauczania z pewnością będzie obniżony. Obniżone wymagania, to obniżone wyniki.
Rodzi się więc moja kolejna wątpliwość: jakie konsekwencji ma bycie uczniem z lepszej klasy i bycie uczniem z gorszej klasy w kwestii starania się o przyjęcie na studia? Czy tak jak teraz - w dokumentach są równi - czy może ma to być jakoś wyszczególnione?

Co do postulatów. Usunięcie religii i etyki prowadzi do problemu: co zrobić z katechetami i etykami? (Których nawet w tej podniosłej chwili, gdy piszę te wszystkie bzdury, kształci się na potęgę). Ale zgadzam się z tym, o ile nie oznacza to likwidacji etyki i religii w formie zajęć dodatkowych do wyboru - problem w tym, kto będzie je prowadził? Za mało godzin, etatu dla etyka nie będzie, więc pewnie zajmie się tym pani od polskiego, albo pani Gienia z dyżurki. Kurs pierwszej pomocy - jak najbardziej. WOS i przedsiębiorczość jako jeden - idealnie, zwłaszcza że oba są niemiłosiernie bzdurne.

Ale matury zastąpione możliwością zdobycia popularnych certyfikatów? W prostej linii doprowadzi to do pogłębienia nierówności. Dlaczego? Ano dlatego, że wszelkie liczące się certyfikaty (jak FCE) są płatne. Pomijając już aspekt formalny takiego rozwiązanie, macie plan ich ufundowania dla wszystkich uczniów, czy może po prostu zapłacą ci, co ich stać? Reszta dostanie jakiś drugorzędny papierek.

Brakuje mi tu równania szans w kontekście tej słabszej strony uczniów. Tak jakby te postulaty były skierowane przede wszystkim do zdolnych i zamożnych. A gorsi? Mogą sobie skorzystać przy okazji. Zrobi im się tam jakieś zajęcia wyrównawcze, ale to tak dla uspokojenia sumienia, bo przecież i tak pójdą do łopaty. To nie nasza wina, że są podziały!

Anonimowy pisze...

P.S. "Jak ktoś jest ambitny..." - to wyrażenie, jak typowy argument Deus ex machina, przewija się tu zbyt często. Ambicja nie załatwia wszystkiego. Czy jesteście na tyle ambitni, by polegać jedynie na darmowej-państwowej-szkolnej edukacji? Bez korepetycji i kursów? Wątpię.

Damian Pogrzeba pisze...

"Wyobraźmy sobie dzieciaka, który od wczesnych lat realizuje konsekwentnie program nauczania opierający się na naukach ścisłych..."

Wyobrażać sobie takiej osoby nie muszę, bo sam miałem podobne przejścia z moimi rodzicami. Zawsze najważniejsza w moim życiu była matematyka i nic więcej się nie liczyło. Przetrwałem już prawie 3 lata w liceum na profilu mat-inf i w sumie dopiero kilka miesięcy temu zdałem sobie sprawę z tego że politechnika nie jest miejscem, na którym chciałbym studiować. Wystarczy odrobina ambicji i silnej woli, aby mimo wielu przeciwności i presji rodziców spełnić swoje marzenia (lub przynajmniej dążyć do ich spełnienia). Trzy lata spędzone w liceum na złym profilu? W niczym mi nie zaszkodziły, przy okazji może będę najlepszym matematykiem na prawie ;)

"Rodzi się więc moja kolejna wątpliwość: jakie konsekwencji ma bycie uczniem z lepszej klasy i bycie uczniem z gorszej klasy w kwestii starania się o przyjęcie na studia? Czy tak jak teraz - w dokumentach są równi - czy może ma to być jakoś wyszczególnione?..."

Według mnie odpowiedź jest dość prosta. Osoby, które nigdy nie powinny znaleźć się na studiach po prostu się na nich nie znajdą. Zyska na tym prestiż uczelni wyższych, a także prestiż samego studiowania. Już dawno nasi politycy i władze uczelni powinni zauważyć, że lepiej jest wykształcić mniej naprawdę dobrych magistrów, inżynierów, doktorów, niż masę absolwentów europeistyki(jeden z kierunków, który powinni zamknąć!), którzy pozostaną bez zatrudnienia. Tamci gorsi zawsze mogą pozostać bankowcami (uczęszczaliby do szkół,stworzonych na wzór niemieckich szkół bankowych), dekarzami, murarzami, hydraulikami itd. Ich potencjał nie zostałby zmarnowany poprzez 5 lat darmowych studiów.

" Usunięcie religii i etyki prowadzi do problemu: co zrobić z katechetami i etykami? (Których nawet w tej podniosłej chwili, gdy piszę te wszystkie bzdury, kształci się na potęgę)."

Dlaczego bzdury? Ciekawa dyskusja się tworzy, może nawet pomysł na następny post, nie nazwałbym tego bzdurami :) A co do etyków - w większości i tak są to nauczyciele wok-u (licea) lub plastyki, muzyki, bibliotekarze (gimnazja, szkoły podstawowe. Pracy by nie stracili, mieliby jej trochę mniej, ale akurat nauczyciele są mistrzami łączenia etatów... Problem katechetów? Zawsze przy zakazie nauczania religii w placówkach publicznych, można stworzyć prawo umożliwiające tworzenie szkół wyznaniowych (jak w USA). Pracy tam katecheci znaleźliby bardzo dużo, a jeśli nie to czas najwyższy przestać kształcić się w tym kierunku.

"Ale matury zastąpione możliwością zdobycia popularnych certyfikatów? W prostej linii doprowadzi to do pogłębienia nierówności. Dlaczego? Ano dlatego, że wszelkie liczące się certyfikaty (jak FCE) są płatne."

Prawda jest taka, że matura z j. obcego to papier śmieciowy, więc nawet Ci biedni, aby potwierdzić swoje umiejętności są zmuszeni do zdania egzaminu typu FCE. Można zawsze wprowadzić system dofinansowań. Chcesz podejść do FCE na koniec liceum i nie masz na to kasy? Ok, 60% ceny finansuje państwo, gdyż zarobki twoich rodziców mieszczą się w jakimś tam progu dofinansowania. Jeszcze prostszym rozwiązaniem byłoby stworzenie ogólnoeuropejskiego egzaminu z j. obcych. Dwa poziomy do wyboru (np. B2 i C1), te same standardy punktacji i pytań w każdym kraju członkowskim, egzamin opłacany z budżetu UE.

Damian Pogrzeba pisze...

Osoby o średnich ambicjach lub wysokich (ale z powiedzmy małą ilością czasu na ich realizację) poradzą sobie bez dodatkowych kursów, szczególnie tych płatnych. Wystarczą im dodatkowe zajęcia w szkole (darmowe, lub za naprawdę minimalną opłatą). Osoby mało ambitne? Tak jak już wspominałem, niech lepiej zostaną murarzami niż inżynierami.
ps
polecam artykuł prof. Jana Hartmana ("Nie ma darmowychh studiów") - Newsweek nr 3/2012.

Aneta Wróbel pisze...

Pozwolę sobie wtrącić się do dyskusji odnośnie ambicji, żeby nie wypisywać kolejnych elaboratów.

Nie, nie trzeba dodatkowych korepetycji i kursów, żeby dać radę i jestem tego najlepszym przykładem. Jedyne korepetycje na jakie chodzę to kurs angielskiego, który kosztuje mnie 90 złotych miesięcznie- czyli nie czarujmy się, tyle co nic. Na maturze zdaję rozszerzony wos i matematykę. Matmy uczę się sama w domu, może moje wyniki nie są oszałamiające, ale w zupełności wystarczają. Jeśli chodzi o wos to w zasadzie nie potrzeba żadnych dodatkowych kursów- odpowiednia ilość nauki w domu wystarczy. Poza tym oboje z Damianem korzystamy z darmowej, szkolnej edukacji- 2 razy w tygodniu mamy po lekcjach spotykamy się z nauczycielami i przerabiamy materiał. Reszta to siedzenie w domu i samodzielna.

Poza tym blog to nasza inicjatywa wynikająca z ambicji i chęci polepszenia swojej wiedzy na tematy polityczno-społeczne.

Co do słabszych i tej "łopaty" to niestety nie wszyscy są stworzeni do pracy umysłowej, im wcześniej się to zauważy tym lepiej. Nie ma sensu pchać się na studia, jeśli potem i tak będzie się pracownikiem fizycznym. Moim zdaniem błędem jest to, że w naszym kraju panuje powszechne przekonanie, że każdy musi mieć studia. Nie widzę sensu w wywieraniu takiej presji, wiele osób studiuje tylko dlatego i marnuje 5 lat, które można by przepracować w zawodzie.